Aktualności
X Winobraniowe Spotkania Teatralne
Monodram
Leony 2007
Zespół art.
Repertuar
O repertuarze
W przygotowaniu
Przegląd Współczesnego Dramatu
II Letni Festiwal Off Teatr
Winobraniowe Spotkania Teatralne
Powinobraniowe Spotkania Teatralne
Nowe fotele
Sponsorzy
Noce poezji
Oferta dla szkół
Leony 2006
Kronika
Archiwum
O Teatrze
Wydawnictwa
Linki
Przetargi
Projekty
Kontakt
Liczba odwiedzin:
000000
od 10.04.2007

II LETNI FESTIWAL
OFF TEATR
NOWE TERYTORIA
lipiec - sierpień 2007

 

22 czerwca, godz. 19.00
- Scena im. St. Cynarskiego (Lubuski Teatr)

IRENEUSZ KOZIOŁ „POKROPEK”
LUBUSKI TEATR W ZIELONEJ GÓRZE

reżyseria: Piotr Łazarkiewicz
scenografia: Katarzyna Sobańska
muzyka: Antoni Łazarkiewicz

obsada: Marta Frąckowiak, Anna Zdanowicz, Jerzy Kaczmarowski, Andrzej Nowak, Janusz Młyński, Wojciech Romanowski, Robert Gulaczyk, Artur Beling, Wojciech Brawer, ,Tomasz Karasiński, Wojciech Czarnota, Kinga Kaszewska-Brawer, Karolina Honchera, Maria Borawska - PSM w Zielonej Górze

premiera: 24 marca 2007 podczas 9. Przeglądu Współczesnego Dramatu „Rewizje.pl”

„Pokropek” opowiada o powojennych dziejach Zielonej Góry i o autentycznych wydarzeniach mających miejsce w 1960 roku. Dramaturg podjął problem walki o Dom Katolicki w 1960 roku, represji wobec mieszkańców, moralnej odpowiedzialności decydentów. Było to najpoważniejsze wystąpienie w Polsce między Poznańskim Czerwcem 1956 a Marcem 1968. W 1960 r. protestowało ponad 5000 osób. Podczas eksmisji zielonogórzanie chwycili za kamienie, milicja odpowiedziała gazem. Wiele osób zostało rannych, nastąpiły aresztowania. Wielu zostało skazanych na wysokie wyroki więzienia (nawet na 5 lat), wyrzuconych z pracy, wydalonych ze szkół, wielu otrzymało wysokie kary grzywny. Uczestnicy protestu byli długo represjonowani przez ówczesne władze komunistyczne.

 

 

Memento

Dramat powstał na zamówienie Teatru i nawiązuje do autentycznych wydarzeń w Zielonej Górze. W 1960 roku mieszkańcy miasta spontanicznie wystąpili w obronie Domu Katolickiego, przeznaczonego do eksmisji. Komunistyczne władze odpowiedziały aresztowaniami i dotkliwymi represjami.

Spektakl odbywa się w posępnych i zimnych murach Starej Winiarni. Psalmy w wykonaniu Kingi Kaszewskiej-Brawer potęgują mroczny, pełen grozy nastrój. „Pokropek” to okrutna, chwilami nawet drastyczna prawda w artystycznej formie o ludziach uwikłanych w tryby historii i systemu. Rzeczywistość ich przerasta, niszczy międzyludzkie więzi, odziera z człowieczeństwa. Taka jest historia uczestników zielonogórskich wydarzeń Marii i Jana Brożków zagranych przez Martę Frąckowiak i Jerzego Kaczmarowskiego. Maria, przesłuchiwana przez ubeków, godzi się na „wszystko”, aby pomóc w uwolnieniu męża. Po latach, z tego powodu nie będzie mogła zostać pochowana „po bożemu”, z zachowaniem religijnego rytuału. Z tym nie potrafi pogodzić się jej dorosła córka grana przez Annę Zdanowicz.

„Pokropek” nie jest sztuką ściśle historyczną, ani rozliczeniową. Jest dramatem pełnym symboli. Symboliczne są dwie podobne do siebie sceny - zgromadzonych przy stole partyjnych towarzyszy i duchownych. Ireneusz Kozioł, autor sztuki, powiedział, iż jego naczelną intencją było ukazanie absurdu każdej władzy dążącej do absolutyzmu. I to się w sztuce udało, choć oprócz absurdu widać dużo więcej. To nie tylko sarkastyczne poszukiwanie analogii w historii toczącej się pod hasłem „wczoraj oni, teraz my”. Piotr Łazarkiewicz wydobywa z tekstu Kozioła istotę sporu o społeczeństwo otwarte, demokratyczne, takie, w którym jednostce nie odbiera się prawa do podejmowania indywidualnych decyzji. Na przeciwległym biegunie jest - ukazane w dramacie - społeczeństwo zamknięte: plemienne i kolektywne. Człowiek jest zaledwie trybem w maszynie, której celem działania jest stabilność i całość „układu”. Pokazane w „Pokropku” mechanizmy są identyczne wszędzie tam, gdzie człowiekiem rządzi jakakolwiek ideologia. W społeczeństwie zamkniętym znany od czasów Platona podział klasowy jest przejrzysty: są pasterze, psy pasterskie i stado, które trzeba utrzymywać w porządku. Porządek legalizuje panowanie, a „stado” musi być posłuszne.

Tytułowy pokropek wydaje się symbolem pewnego przywileju, uznania, nagrody. Równie dobrze, w innej rzeczywistości, takim symbolem może być talon na samochód, lukratywne stanowisko w radzie nadzorczej, „ustawiony” przetarg. Tak to działa - prawem jest to, co służy „nam” niezależnie od tego, czy „my” bronimy potęgi państwa, narodu, klasy, rasy, partii. Wtedy „my” decydujemy, kogo posłusznego nagradzać, a gdzie „oczyszczać podłoże”. W takiej społeczności „oczyszczanie” oznacza nie tylko spychanie na margines, ale również przyzwolenie, aby zamykać, wypędzać, zsyłać i zabijać.

Ludzie żyjący w społeczeństwie zamkniętym nie mają sumienia. Państwo uwalnia ich od moralnych zobowiązań, bo ma ono najwyższy moralny autorytet. Jedynym sędzią jest Historia. W „Pokropku” ludźmi bez sumienia są ubecy: Fryzowski (Wojciech Czarnota) i Galczewski (znakomity Janusz Młyński). Oni też prawo do własnego sumienia odbierają Marii. Jesteśmy tu świadkami kresu godności każdego człowieka, niezależnie od tego, czy jest on rebeliantem, czy strażnikiem rewolucji. Ten kres wyznaczają - niezależnie od realiów - monolitycznie definiowane społeczne dążenia wszędzie tam, gdzie widać zapatrzenie w jedynie słuszną ideę i deklarację: „kto nie z nami, ten przeciwko nam”.

Nasze sumienie, moralna odpowiedzialność jest częścią naszego człowieczeństwa - żadna tyrania nie może nas z niego odzierać. Warunkiem życia ludzi moralnie odpowiedzialnych jest wolność polityczna i wolność własnego sumienia. „Pokropek” wpisuje się w nurt gorzkiego memento, które stale powinno być obecne w naszej świadomości i przypominać, że nawet najlepsze chęci stworzenia nieba na Ziemi prowadzą w rezultacie do uczynienia z niej piekła.

Joanna Kapica-Curzytek, Akademickie Radio Index, emisja 1.03.2007


23 czerwca, godz. 19.00
- Scena im. St. Hebanowskiego (Lubuski Teatr)

PAWEŁ DEMIRSKI „NIEPRZYTOMNIE”
LUBUSKI TEATR W ZIELONEJ GÓRZE

 

reżyseria: Piotr Waligórski
scenografia: Wojciech Stefaniak
projekcje video: Dawid Kozłowski
muzyka: Andrzej Bonarek

obsada: Paulina Napora (gośc.), Karolina Honchera, Maria Weigelt (gośc.), Robert Gulaczyk, Marcin Wiśniewski, Jacek Krautforst, Rafał Rybarczyk (gośc.)

premiera: 23 marca 2007 podczas 9. Przeglądu Współczesnego Dramatu „Rewizje.pl”

Spektakl wywodzi się z nurtu nowej dramaturgii. Bohaterką jest chora na depresję kobieta. I właściwie nic więcej nie wiemy na pewno. Czy Teresa (Paulina Napora szykuje się do ślubu czy samobójstwa? Czy Tomasz (Robert Gulaczyk) jest jej narzeczonym, czy „asystentem śmierci”? Wszak w sztukach klasycznych miłość i śmierć często chodzą ze sobą w parze, a Malraux pisał, że „akt zabicia jest takim samym aktem poznania jak akt miłosny”. Nie ma wątpliwości, że spotkanie Teresy i Tomasza odbywa się na pograniczu miłości i śmierci.

Kim jest Aleks (Marcin Wiśniewski)? Obserwatorem, jak my wszyscy? Bowiem „Nieprzytomnie” to spektakl, który widz sam musi sobie poskładać i szukać w nim sensu. Zupełnie jak w prawdziwym życiu, tak i tutaj brak prostych odniesień i jednoznacznej interpretacji rzeczywistości. To prowokuje widza do myślenia i niepokoi.

„Nieprzytomnie” jest ambitnym widowiskiem, w którym aktorzy muszą zmierzyć się z niejednym wyzwaniem. Jacek Krautforst jako Mężczyzna: pojawia się na scenie kilkakrotnie, za każdym razem kreując inną postać. Na pozór są to epizody, ale Mężczyzna zapada w pamięć - bodaj najbardziej jako „szwedzkie UFO”. Wyróżnia się nie tylko oryginalnością kostiumów. Gra całym sobą i rozśmiesza do łez, a nawet jeszcze bardziej...

Śmierć to jeszcze jedna balanga

Na zielonogórskiej scenie – „Nieprzytomnie”, czyli o umieraniu, na własną prośbę, przy pomocy życzliwych, w rytmie techno, z winem w ustach.

Współcześni nie płacą już Charonowi, by przewiózł ich na drugi brzeg Styksu. W internecie namierzają adresy organizacji, na przykład w USA czy w Szwajcarii, które chętnie przysyłają swoich przedstawicieli - Asystentów Śmierci. Ci podsuwają truciznę, ale przede wszystkim pomagają łagodzić stres podczas samobójczej podróży... Rozwija się tzw. turystyka śmierci.

Działalność takich organizacji to punkt wyjścia sztuki Pawła Demirskiego – „Nieprzytomnie”, którą w Lubuskim Teatrze wyreżyserował Piotr Waligórski.

Przed tym spektaklem trudno widzowi schować się w bezpiecznym fotelu... Skoro siadając w pierwszym rzędzie można dotknąć stołu, przy którym Teresa je z Asystentami swój ostatni posiłek. Skoro gra tu cała sala kameralna LT. Włącznie ze ścianami, które co rusz przemieniają się w ekrany wyświetlające to, co było, co być mogło, o czym marzy bohaterka... Do tego muzyka Andrzeja Bonarka. Techno chce wyrwać z fotela (gdzieś „pod niebem” kołysze się rytmicznie głowa realizatora dźwięku), to znów przejmujące skrzypce nadają tragedii właściwy wymiar.

Jesteśmy świadkami (lepiej: uczestnikami) tragedii, którą tak mało widać... Wszak Teresa przymierza buty, przesuwa łóżko, wypatruje Asystentów Śmierci, jakby była nastolatką, szykującą się na wiosenny podryw. A później ten taniec, impreza zakrapiana czerwonym winem?!

Ileż w tym wszystkim zabawy! Zalotów! Wszak i ci od zabójczych pigułek pozwalają sobie na odlot, nabierają ochoty na seks, na... Ileż tu życia! Życia, które - przez chorobę? - na życzenie ma być skrócone. Przecież oni wszyscy są tacy młodzi! Gdzież ich bunt?! Gór przenoszenie? Zmienianie świata? Dlaczego tak szybko rezygnują?... Nie, nie do końca. Wszak „skazana” w ostatnim słowie jeszcze pyta o kapcie.

Życie przestało tu mieć wartość. Cenę. Śmierć to jeszcze jedna balanga. Śmierć to fajna gościówa...

Gratulacje dla Pauliny Napory za dziewczęcy wdzięk Teresy. I dla Jacka Krautforsta, który w krótkich epizodach zamienia swoje ciało w eksplodujący energią instrument. A gra na nim znakomicie, wywołując krótkotrwały uśmiech na twarzach widzów. Krótkotrwały, bo „Nieprzytomnie” komedią nie jest. Końcowy huk, gdy pudełko z butami wali o podłogę, może ogłusza uszy. W sumieniu budzi bunt: nie! Nie zgadzam się! Zgadzam się natomiast na ten multimedialny atak, jaki reżyser Piotr Waligórski w swoim spektaklu na mnie przypuszcza. W tym elektronicznym morzu, nic, tylko się zanurzyć.

Zdzisław Haczek, Gazeta Lubuska nr 59/10.03.2007

Spektakl „Nieprzytomnie” otrzymał Nagrodę Młodych przyznawaną przez studentów Uniwersytetu Zielonogórskiego, wolontariuszy 9. Przeglądu Współczesnego Dramatu „Rewizje.pl” - za symbolizm znaczeniowy i postaciowy, dzięki któremu widzimy nasz własny świat.


23 czerwca, godz. 21.15
- Scena na strychu (ul. Fabryczna)

„ZABIJANIE GOMUŁKI”
WG „TYSIĄCA SPOKOJNYCH MIAST” JERZEGO PILCHA
LUBUSKI TEATR W ZIELONEJ GÓRZE

 

adaptacja: Robert Urbański
reżyseria: Jacek Głomb
scenografia: Małgorzata Bulanda
muzyka: Bartek Straburzyński

obsada: Wojciech Brawer, Zbigniew Waleryś, Wojciech Czarnota, Tatiana Kołodziejska, Marta Frąckowiak, Janusz Młyński, Andrzej Nowak, Robert Gulaczyk, Karolina Honchera, Jacek Krautforst, Kamil Nahorski (gośc.)

premiera: 21 kwietnia 2007 podczas 9. Przeglądu Współczesnego Dramatu „Rewizje.pl”

Gdy ojciec i pan Trąba postanowili zabić I sekretarza Władysława Gomułkę, panowały niepodzielnie upały, ziemia trzeszczała w szwach, rozpoczynała się udręka mojej młodości – tak zaczyna się entuzjastycznie przez krytykę przyjęta powieść Mistrza Pierwszego Akapitu Jerzego Pilcha pt. „Tysiąc spokojnych miast”. Rzecz dzieje się latem 1963 roku. Głównym bohaterem powieści i jej narratorem jest nastoletni Jerzyk.

Wkrótce o pomyśle dowiaduje się miejscowy komendant milicji Jeremiasz, a w efekcie cała wspólnota ewangelicka (rzecz dzieje się na ziemi cieszyńskiej) poddaje ów pomysł publicznej dyskusji.

 

Oto jest polskie Macondo

Zielonogórskie „Zabijanie Gomułki”, czyli adaptacja powieści „Tysiąc spokojnych miast”, to najlepsze ucieleśnienie prozy Jerzego Pilcha w polskim teatrze.

Jacek Głomb i jego dramaturg Robert Urbański udowodnili, że można napisać Pilcha Pilchem. Zmienić jego powieść w dopieszczony i dopięty na ostatni guzik dramat. Głomb założył po prostu, że jedyna droga wiedzie przez bohaterów i ich język. Dał się ponieść żywiołowi gawędy, intelektualnej spekulacji, obyczajowych fanfaronad. W jego spektaklu najpierw mamy ucieleśnienie zapachów, kolorów, wspomnień, twarzy, ubrań i rzeczy ze starego domu z Wisły („Zabijanie Gomułki” jest grane w zdegradowanej przestrzeni starego magazynu). Pilchowe kreacje zostają wbite w ciało, konkret, miejsce. A potem po prostu Pan Trąba wstaje z ławy, wdziewa gumiaki i zaczyna gadać. Z jego pomocą Głomb pokazuje tworzenie mitu. Narodziny rodzinnej legendy o tym, jak przyjaciel domu, arcypieczeniarz Pan Trąba, mały Jerzyk i jego ojciec Naczelnik wyruszyli z Wisły do Warszawy, żeby zabić towarzysza Gomułkę w pamiętnym roku 1963. To nie jest relacja z hipotetycznego zamachu, ale zmyślenie o podróży inicjacyjnej, lekcja zagadywania codzienności, kreacja polskiego Macondo, które śmieje się z siebie, zamiast nad sobą zapłakać. To przedstawienie ma w sobie ciepło, jakie czasem wyłazi z albumów ze starymi fotografiami. Jest pełne dobroduszności w patrzeniu na bohaterów, dla których wódka jest tak samo ważna jak psalm.

Świat Pilcha przeczytanego przez Głomba zamieszkują ludzie dobrzy, choć ze względu na swą absolutną dobroć nieco paranoiczni. Wielcy w swych nałogach, śmiesznostkach i rojeniach, niby lutersko twardo stąpający po ziemi a łaknący baśni o sobie. I potrafiący własną małość przekuć w homerycki brąz. Centrum tego świata jest oczywiście Pan Trąba, czyli Pilchowy luterski Zagłoba, kuzyn gogolowskiego Chlestakowa, Odyseusz ziołowej nalewki. Grający go Zbigniew Waleryś z miejsca rozkochuje w sobie widza, który próbuje nadążyć za meandrami jego myśli, piekielną logiką wizji czy nawet „przepastną dialektyką (jego trąbiastego) patriotyzmu”. Waleryś tworzy jedną z najciekawszych pijackich kreacji polskiego teatru. Człowieka upijającego się swoimi fantastycznymi wizjami bardziej niż wódką. Pijaka, który od wódki trzeźwieje. Aktor monologuje na granicy odpowiedzialności za wypowiedziane słowa. Ma się wrażenie, że sam siebie zagada na śmierć, że słowa porwą i zaniosą go w jakiś absolutnie nie-dramatyczny odmęt. Fenomenalna rola.

Dawno żaden spektakl nie wywołał u mnie tyle bezinteresownej radości. Z otwartą gębą patrzyłem, jak bohaterowie żonglują sentencjami, pojedynkują się intelektualnie. Są tak bezczelnie wymyśleni, że aż bezgranicznie prawdziwi. Widać, jak dobrze czują się zielonogórscy aktorzy w tym świecie, jak zamazują się w spektaklu ich niedostatki techniczne, jak wyrównuje się poziom gry. A zdania Pilcha wreszcie oddychają, śmieszą i zaskakują. „Nie dla smaku piję, ale dla wzmożenia egzystencji” - ogłasza światu Pan Trąba, a my za jego przyjacielem kiwamy głową z uznaniem: „Dobra fraza i nagrody godna!”. W finale spektaklu Jerzyk ogląda bełt do chińskiej kuszy w wigilijną noc, schodzą się znajome lutry, katolicy i komuniści. Wszyscy śpiewają protestancki psalm. Strzała leży gdzieś z boku. Nie wystrzelili jej w tyrana. Nie wiadomo, czy w ogóle byli w Warszawie, czy czatowali wieczorem przed mieszkaniem towarzysza Gomułki. Strzała jest dowodem na prawdziwość tej opowieści, a jednocześnie bezwzględnie jej zaprzecza. Śpiew cichnie, Jerzyk zdmuchuje świecę. Wyrwany z niebytu na dwie teatralne godziny świat cudaków z Wisły nie znika, ale przyczaja się w pamięci.

Łukasz Drewniak, Dziennik nr 109, dodatek Kultura, 11.05.2007


7 lipca, godz. 19.00
- Scena im. St. Hebanowskiego (Lubuski Teatr)

KRZYSZTOF BIZIO „ŚMIECI”
TEATR POWSZECHNY W WARSZAWIE

 

reżyseria: Tomasz Man
scenografia: Magdalena Gajewska
obsada: Ewa Dałkowska, Zdzisław Wardejn, Kazimierz Wysota

premiera: 15 listopada 2005

Ludzkie śmietnisko, zwichnięte życiorysy, ciągłe poszukiwanie szczęścia i ciągle towarzyszące temu kłamstwo i nadzieja. Ludzie wyrzuceni poza społeczny nawias, ludzie, którym, jakby się mogło zdawać, wszystko już zostało odebrane. Nie przestają wierzyć, że jeszcze kiedyś spotka ich przynajmniej jakieś małe szczęście, choćby w drodze na śmietnik.

 

 

 

Zanik sumienia

„Śmieci” są drugą sztuką Krzysztofa Bizio, którą na scenie Garażu Poffszechnego wyreżyserował Tomasz Man. Równie intrygująco wystawił tam rok wcześniej „Porozmawiajmy o życiu i śmierci”. Autor jest jednym z nielicznych rodzimych dramaturgów, który mierzy się z problemami naszej rzeczywistości w sposób odbiegający od pseudoreporterskiej sztampy. I choć nie stroni od akcentów sensacyjno-kryminalnych, zmierza zawsze ku uogólniającej refleksji i czytelnej metaforze. Takie też są „Śmieci”, opowieść o ludziach nieprzystosowanych, wyrzuconych poza nawias głównego nurtu życia przez wiek, chorobę czy też ludzką słabość.

Brązowa (Ewa Dałkowska) w swoim mieszkanku wygrywa akordy na pianinie. Wspomina czasy, kiedy pracowała w filharmonii. Teraz, niestety, jest z racji ślepoty skazana na pomoc innych ludzi.

Jej towarzyszem od zakupów i spacerów stał się śmietnikowy szperacz Szary (Zdzisław Wardejn). Cwaniak, który ciuła na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, bez skrupułów wykorzystuje inwalidztwo - i rentę - podopiecznej dla własnych korzyści. Wtajemniczy w swoje plany trunkowego Białego (Kazimierz Wysota).

Wycieczka całej trójki do filharmonii skończy się dla Brązowej... lotem na bruk z wysokiego piętra. W gazetach napiszą, że musiała niezbyt rozważnie karmić gołębie.

Tragiczna śmierć Brązowej wiele spraw ukaże nagle w innym świetle. Cieć z budowy - a nie portier hotelowy, za którego Szary chciał uchodzić - zacznie mieć dziwne przeczucia. Wyostrzą mu się zmysły - poza wzrokiem, który nagle utraci, na rzecz postrzegania rzeczy całkowicie mu dotąd niedostępnych. Przed roztaczanymi przezeń wizjami kobiety przychodzącej z miejsca, skąd nie ma powrotu, Biały po prostu ucieknie.

Tomasz Man ukazuje świat, w którym sporej części mniej zaradnych ludzi odebrano szansę godnej egzystencji. Brak nadziei na poprawę losu czyni ich okrutnymi wobec podobnych sobie bliźnich. Chwała Bogu, że niektórzy z nich miewają jeszcze wyrzuty sumienia.

Wielowymiarowa postać Brązowej, przekonująco zagrana przez Ewę Dałkowską, górowała nad sylwetkami zdeprawowanych meneli w wykonaniu panów. Co jednak w niczym nie przeszkodziło przejąć się także ich przegranym życiem.

Janusz R. Kowalczyk, Rzeczpospolita, 21.11.2005


14 lipca, godz. 19.00
- Scena na strychu (ul. Fabryczna)

JAROSŁAW FILIPSKI „CZECZENKI”
TEATR KREATURY W GORZOWIE WLKP
.

 

reżyseria: Przemek Wiśniewski
scenografia:
Zbigniew Siwek
muzyka: Błażej Król i Wojciech Potocki oraz Kuba Żytkowski
obsada: Ewa Pawlak i Marta Andrzejczyk

premiera – październik 2006

Bohaterki „Czeczenek”, nowego przedstawienia gorzowskiego Teatru Kreatury, to dwie nowoczesne dziewczyny. Odnosi się wrażenie, że mogą stanowić modelowy przykład, kobiety Zachodu”, która w weekendy bawi się „na parkiecie w klubie”, gorliwie wyznaje wegetarianizm, a kryzysowe sytuacje rozwiązuje dzięki medytacji. Marta Pohrebny-Karcz i Ewa Pawlak (debiutująca na scenie) grają postaci współczesne, „wyzwolone”, niechętne tradycji i jej wzorcom. Na poły feministki i kontestatorki w rzeczywistości skupione są  głównie na karierze i zawodowych planach. Ich największym pragnieniem jest odniesienie sukcesu na scenie, w profesjonalnym teatrze.

 

 

Czeczenki idą na świętą wojnę

Kiedy kobieta wybiera kobietę na towarzyszkę życia, musi spodziewać się nieustającego trzęsienia ziemi. Kiedy artystyczna dusza napotyka artystyczną duszę, wpada w objęcia tornado. Kiedy na scenę wkraczają Czeczenki…

Czeczenka – terrorystka wyrzuca Bogu skargę na zbrodnie dokonane na swoim narodzie. Ten monolog porusza, ta kobieta nie żartuje. Powagę chwili burzy jednak pojawienie się kolejnej bohaterki, odsłaniające prawdziwą przestrzeń spektaklu, którą są deski sceny. Czeczenka to aktorka ćwicząca swą rolę. I powoli opada kolejna zasłona, obnażająca prywatność bohaterek – kochanek.

Spektakl Teatru Kreatury płynie jak melodia - poruszając tony miłości i teatralności, sztuki aktorskiej oraz śmierci za wiarę i wolność niebezpiecznego związku i pytanie o tożsamość. To sztuka dwóch kobiet, w które wcielają się Ewa Pawlak i Marta Pohrebny–Karcz. I wiele tysięcy Muzułmanek, których duchy nieodłącznie towarzyszą kreującej swą rolę aktorce. Kreującej ją nawet wtedy, kiedy jest obok swojej partnerki, kiedy rozmawiają o przyszłości. Mieszają się ze sobą płaszczyzny gry, role grane w teatrze z rolami, które kreują w życiu.

Można by zarzucić Kreaturom odwoływanie się do emocji widza za pomocą modnego tematu, którym jest wciąż miłość homoseksualna. Spektakl jednak koncentruje się na czymś innym – odwiecznym motywie teatru w teatrze, co z domieszką egzotyki i grozy, z którymi kojarzy nam się kultura Wschodu, daje swoista, wybuchową mieszankę, obok której trudno przejść obojętnie. Nad wszystkim zaś czuwa zmysłowa kobiecość. Szalona i groźna.

Małgorzata Klamann, Gazetka Festiwalowa Windowisko, październik 2006

Jarosław Filipski napisał sztukę niezwykle ważną dla nas Polaków, ale też i współczesnej Europy, w której zapomina się już o rzeczach istotnych, wynikających z historii, tradycji i kultury. Autor próbuje pokazać sztuczność i iluzoryczność współcześnie lansowanych wartości, które wobec rzeczywistej prawdy o człowieczeństwie, ujawniającej się najgłębiej w konfliktach, postrzegać można klarowniej w ich teatralności i złudzie. Przy czym Filipski nie posługuje się felietonowym moralizowaniem, lecz jedynie krótkimi obrazami ze współczesnej wojny, ni jak nieprzystających do konsumpcyjnego tzw. wolnego świata. Autor posługuje się obrazami wojny w Czeczenii, choć równie dobrze mógł odwołać się do wojen w Afryce czy niedawnej wojny na Bałkanach. Siłą i wartością sztuki zdaje się próba odarcia konsumeryzmu europejskiego zastępującego niepostrzeżenie dotychczasowe stałe wartości wszechobecnym relatywizmem.

Zbigniew Siwek, Galeria Azyl Art GDK w Gorzowie, październik 2006

Spektakl „Czeczenki” był prezentowany na festiwalach i przeglądach:

  • VIII Ogólnopolski Festiwal Sztuk Autorskich WINDOWISKO Gdańsk, październik 2006

  • Poligon Teatralny Olsztyn, maj 2007

  • V Ogólnopolski Festiwal Teatrów Studenckich ATENA Pułtusk, maj 2007

  • III Festiwal Sztuk Szczecin, maj 2007

  • 8. Ogólnopolski Festiwal Teatrów Niezależnych Ostrów Wlkp., maj 2007


21 lipca, godz. 19.00
- Scena na strychu (ul. Fabryczna)

„DRAPACZE CHMUR”
TEATR ZIELONY WIATRAK W SOPOCIE

 

 

reżyseria: Marek Brand
tekst i wykonanie: Marek Brand, Bartosz Frankiewicz
autor muzyki i wykonanie na żywo: Krzysztof Pajka

premiera: 27 maja 2006

Szukając pracy i nieba

Kanwą sztuki „Drapacze chmur” jest rozmowa dwóch bezrobotnych Polaków - w udanych rolach wystąpili autorzy sztuki Marek Brand i Bartosz Frankiewicz. Pokazują się w różnych sekwencjach, poprzedzonych zaciemnieniem i zmianą muzyki. Dialog przerażonych rzeczywistością i zniechęconych jałowością swego trudu ludzi to właściwie opowieść o losie wielu, którzy borykają się z problemem braku zatrudnienia. Prośba bohatera o niebo na ziemi, które miałoby wprowadzić w końcu raj normalności i spokój o jutro, trochę straszy.

Przywołany w spektaklu cytat z Mickiewicza, pewnie bliski każdemu emigrantowi polskiemu – „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem” - wzbudzał jedynie szydercze rozbawienie. Podobnie było w przypadku przedstawionych na scenie rozmów grającego w golfa angielskiego snoba z polskim pracownikiem sezonowym. Wygłaszają oni opinie o pewnym kraju, o którym, oprócz kilku znanych nazwisk, nic dobrego powiedzieć nie można.

Dziwnie szybko minął gorzki śmiech publiczności z bezradnych zabiegów bohaterów o uzyskanie pracy („I'm looking for a job, sir”) i ich nauki, złotych sentencji w języku angielskim. nam się przyzwyczajać. Miejscami agresywny i odnoszący się do aktualnej sytuacji w kraju komentarz dzisiejszej rzeczywistości politycznej jest w teatrze potrzebny. Kto wie, może funkcja teatru jako trybuny społecznej powraca dziś do łask? „Drapacze chmur” to tytuł dramatu przywołujący charakterystyczny znak dobrego miejsca pracy i jednocześnie coś, co chciałby osiągnąć bohater sztuki. Prosi on londyńskiego pracodawcę o posadę drapacza chmur. Sięgnąć nieba na ziemi to według autorów sztuki marzenie każdego z nas. Marzenie to jest o tyle nierealne, że wielu ludziom żyjącym w kraju pomiędzy Rosją a Niemcami zostało jeszcze dużo pięter do osiągnięcia zwykłego dostatku i stabilizacji.

Agata Kirol, Gazeta Wyborcza Trójmiasto nr 124, 29.05.2006

Teatr Zielony Wiatrak oficjalnie rozpoczął działalność w 1994 roku i w niedługim czasie zebrał nagrody za spektakl „Rybka” na festiwalu „O bursztynową maskę” za scenariusz i aktorstwo oraz na X Festiwalu Teatrów Komedii w Skierniewicach za aktorstwo. Późniejsze spektakle: „Muirotarobal 1 i 2” (1995), „Co pan na to, panie Freud?” (1996), „Witajcie na ziemi” (1999), „Dni pozorne” (2001) oraz „Historie” (2002) miały podobne szczęście, zdobywając wielokrotnie nagrody za scenariusz, poszukiwania teatralne, aktorstwo i reżyserię, w tym kilkakrotnie na Tyskich Spotkaniach Teatralnych i Festiwalu Małych Form Teatralnych „Słodkobłękity” w Zgierzu. Przez kilka lat Zielony Wiatrak działał przy Integracyjnym Klubie Artystycznym Winda w Gdańsku. W grudniu 2003 stał się częścią Sopockiej Sceny Off de BICZ. W następnych latach we współpracy z Ewą Ignaczak zrealizował spektakle oparte na własnych tekstach: „Dyskretne układy dynamiczne” i „BRh+”. Od 2005 roku rozpoczął ścisłą współpracę z Bartoszem Frankiewiczem, młodym gdańskim aktorem i poetą, który stał się współtwórcą scenariusza do spektaklu „Drapacze chmur”.

Zielony Wiatrak to Marek Brand, autor wszystkich tekstów do spektakli, reżyser, aktor. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Wieloletni animator życia kulturalnego. Przede wszystkim dramaturg, autor szesnastu tekstów scenicznych wystawianych nie tylko przez Teatr Zielony Wiatrak, którego jest założycielem, ale Teatr Parabuch w Warszawie, Teatr Produkcyjny w Łomży, Teatr Miejski w Jaworze i Teatr Stajnia Pegaza. Laureat wielu nagród za scenariusz i reżyserię. Autor tomu opowiadań „W krainie Ogryzka”.

Spektakl „Drapacze chmur” otrzymał Grand Prix na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych 2006.


28 lipca, godz. 19.00
- Scena im. St. Hebanowskiego (Lubuski Teatr)

„SPOT!” SPEKTAKL MUZYCZNY
TEATR ZAKŁAD KRAWIECKI WE WROCŁAWIU

 

 

reżyseria, scenariusz, teksty piosenek, aranżacja i produkcja muzyki: Szymon Turkiewicz
scenografia i kostiumy: Magda Engelmajer-Turkiewicz
projekcje video: Michał Szota
obsada: Magda Engelmajer-Turkiewicz, Kalina Hlimi-Pawlukiewicz, Ernest Nita, Piotr Charczuk

premiera: 30 marca 2007

„Spot!” powstał na bazie prawdziwych reklam, które autor i reżyser pisze codziennie dla agencji reklamowych. Po raz pierwszy reklamy zostały przeniesione na scenę teatralną i stanowią punkt wyjścia do refleksji nad współczesnością. To bardzo subiektywna wypowiedź o tym, co nas denerwuje we współczesnej Polsce. Pyta, czy wyjechać z kraju, czy zostać. Opowiada o Polsce A.D. 2007, czyli o tym wszystkim , co ludzi młodych, denerwuje i wkurza - o kredytach, które są jak wyrok, o emigracji, o wpływie reklamy na nasze życie oraz o tym, że Polska się zmienia, a my nie do końca zgadzamy się z jej współczesnym wizerunkiem. Spektakl o naszym codziennym życiu, w którym razem z zewsząd atakującymi nas reklamami przeplatają się ludzkie marzenia i cierpienia.

Współczesny język reklamy jest bardzo bliski nowomowie systemów totalitarnych. Zawiera mnóstwo sztuczności i uproszczeń, które ukrywają prawdziwą rzeczywistość, przykrywają kolorowymi kłamstwami.

„Spot!” to także piosenki. Oto tytuły niektórych z nich: „Jedno kliknięcie!”, „Diety”, „Noszę ciuchy z lumpeksu, więc nie ma we mnie seksu”.

Gorzkie Polaków rozmowy

Najnowszy spektakl muzyczny Teatru Zakład Krawiecki to wybuchowa mieszanka frustracji, problemów i dylematów współczesnego młodego Polaka. Młodzi Polacy według Teatru Zakład Krawiecki: źli, sfrustrowani, sarkastyczni.

„SPOT!” to prawie dwie godziny słodko-gorzkich tekstów o tym, jak w to Polsce źle. Gorycz zdecydowanie góruje tu nad słodyczą, ale nie przytłacza, raczej zmusza do myślenia. Przedstawienie zbudowane jest z krótkich scenek dramatycznych przeplatanych piosenkami. Mówią o wszystkim, co trapi Polaka żyjącego w IV RP, mniej więcej trzydziestoletniego. Zatem: kredyty zaciągane na całe życie, emigracja za większymi pieniędzmi, brak perspektyw zawodowych, pogoń za pięknem i szczupłością. Wszystko dzieje się w czasach wszechobecnej merkantylizacji, gdzie nawet pozycje seksualne są towarem, a spłycenie wszelkich wartości jest normą. To jednak przede wszystkim spektakl o poszukiwaniu tożsamości w czasach, gdy jest ona narzucona i ujęta w szablon przez atakujące zewsząd reklamy.

Turkiewicz kreśli w „Spocie!” obraz współczesnego Polaka. I nie jest to przyjemny widok. To człowiek zmęczony, smutny, pełen wątpliwości, przygnieciony dorosłością. Mówi sztucznym językiem zaczerpniętym z reklamy bądź jego pochodnymi. Turkiewicz ma pojęcie o budowie tego języka, od lat zajmuje się pisaniem piosenek i tekstów reklamowych.

Reżyser i scenarzysta nie trzyma się klasycznie rozumianej akcji, miejsca i czasu wydarzeń. Eksponuje nasze słabości, nie umieszczając ich w konkretnej sytuacji. Aktorzy ze swoją sloganową retoryką i typową dla reklamy nadekspresją odgrywają modele zachowań. Szczególnie dobrze ten rodzaj aktorstwa udaje się parodiować Magdalenie Engelmajer-Turkiewicz.

„Spot!” odważne mówi o seksie, relacjach damsko-męskich i Bogu. Obecność Chrystusa i parafrazy Listu do Koryntian św. Pawła mogą być uznane za obrazoburcze, jednak jak mówić o Polsce, nie dotykając chrześcijaństwa?

Walorem jest różnorodna, nowoczesna muzyka. Turkiewicz umiejętnie łączy brzmienie drum'n'bassowe, psychodeliczne elektro, ostry rock, a nawet country. Efektu nie zepsuły dość przeciętne warunki wokalne aktorów. Całość dopełniają teledyskowe wizualizacje Michała Szoty.

Dorota Żuberek, Gazeta Wyborcza Wrocław, 10.04.2007


4 sierpnia, godz. 19.00
- Scena na strychu (ul. Fabryczna)

OWEN MCCAFFERTY „MOJO MICKYBO”
TEATR KRYPTA W SZCZECINIE

 

przekład: Małgorzata Semil
adaptacja: Wiktor Rubin, Grzegorz Falkowski, Paweł Niczewski
reżyseria: Wiktor Rubin
scenografia i kostiumy: Wanda Kowalska
obsada: Grzegorz Falkowski, Paweł Niczewski

premiera: 20 stycznia 2006

Mojo Mickybo to napisana błyskotliwym językiem opowieść o przyjaźni dwóch chłopców: Mojo i Mickybo. Opowieść, której tłem są zamieszki w Belfaście lat siedemdziesiątych. „Dwaj chłopcy, dwaj wspaniali chłopcy...” w świecie nienawiści, zdrady i przemocy próbują obronić swój świat, świat dziecięcej wrażliwości. Nie jest to historia o wkraczaniu w dorosłość, lecz o chwili, w której dorosłość brutalnie wkracza w życie. Czy otoczeni przez sztuczne podziały Mojo i Mickybo ocalą przyjaźń? Czy jak dwaj rewolwerowcy przebiją się i uciekną do krainy wolności, cy też będą musieli opowiedzieć się po którejś ze stron? Na scenie występuje tylko dwóch aktorów, którzy prowadząc opowieść pełną zwrotów, grając parę tytułowych bohaterów i 12 innych postaci, stwarzając wiele miejsc akcji, pozwalają nam przyjrzeć się światu oczami dziecka.

 

Belfast za rogiem

„Mojo (Niczewski) nieco bardziej skryty, delikatniejszy - choć i nie bez ambicji, Mickybo (Falkowski) trochę mocniej nastroszony, śmielszy, ale i niepozbawiony kompleksów - uzupełniają się. Są dla siebie wsparciem i wyzwaniem zarazem. Ale życie - jak dzieje się często - może zawsze - brutalnie zaingeruje w ten braterski związek Tym brutalniej, że tłem wydarzeń jest Belfast z jego konfliktami politycznymi, terroryzmem, zasadą odwetu. Opowieść o przyjaźni nabiera przez to goryczy, staje się opowieścią o współczesnym świecie w ogóle. Twórcy spektaklu nie koncentrowali się na wymiarze politycznym wydarzeń; realia irlandzkie są tu ważne, ale niezbyt ostre. Rodzajowość ma raczej charakter społeczny niż kulturowy, to bardziej chłopaki z sąsiedztwa, zza rogu naszej ulicy, niż uwikłani w wojnę rodziców młodzi Irlandczycy.

Obaj aktorzy radzą sobie z wielowątkową, narracją i jej wielogłosowością znakomicie. Są niezwykle przekonujący, wiarygodni; w czym pomaga im umiejętne łączenie realistycznej, dynamicznej kreski, jaką szkicują portrety chłopców i postaci z ich środowiska - z lekkim, lecz wyraźnym dystansem do tych ról. Świetnie sprawdza się to choćby w scenach, gdy Mojo i Mickybo rozmawiają z dwójką silniejszych chłopaków - Trzepakiem i Pierdzielem. Niczewski i Falkowski są - równocześnie całą tą czwórką! Widz zaś nie ma problemów z przypisaniem żadnej z wypowiedzianych kwestii odpowiedniej dla niej postaci.

Przedstawienie znakomicie sprawdza się w bliskim kontakcie z publicznością, jest pomysłowe, świeże, żywe. Ale ma też swoje niedociągnięcia. Niektóre fragmenty wydają się nieco „puszczone” reżysersko, inne z kolei - przesadnie wygładzone, co niepotrzebnie odbiera opowieści jej naturalną chropowatość.

No i muzyka. Jako tło wydaje się dobrana starannie (np. wtedy, gdy chłopcy utożsamiają się z Butchem Cassidy i Sundance Kidem, wspomaga ich słynny standard Bacharacha „Raindrops Keep Fallin On My Head’ z filmu o tych dzielnych kowbojach), lecz brak pomysłu na jej obecność w spektaklu. Nie rozumiem choćby, po co obaj aktorzy tak wiele tu śpiewają? Po co Obcy w mieście Sinatry (śpiewany po polsku przez Fałkowskiego) czy Moon River (po angielsku - przez Niczewskiego)? Nie dla teatralnej urody przecież. Bo i bez tych, kulturalnie zresztą wykonanych piosenek (a może nawet bez nich zwłaszcza), opowieść o Mojo i Mickybo brzmiałaby czysto, ładnie i mądrze.

Artur D. Liskowacki, Kurier Szczeciński nr 217, 8.11.2006

Nagrody i wyróżnienia:

  • Grand Prix - Wielka Nagroda Publiczności 41. OPTMF Kontrapunkt,

  • Nagroda Ministra Kultury dla najlepszego spektaklu teatru pozainstytucjonalnego na 41. OPTMF Kontrapunkt,

  • Grand Prix V Festiwalu Prapremier Bydgoszcz 2006,

- Tytuł Wydarzenia Artystycznego XIII Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Teatrze Powszechnym w Łodzi przyznany przez Kapitułę Loży Teatru Powszechnego.


11 sierpnia, godz. 19.00
- Stara Winiarnia (ul. Moniuszki)

MACIEJ MASZTALSKI
„MORD W DOMU IPATIEWA”
TEATR AD SPECTATORES WE WROCŁAWIU

 

reżyseria: Maciej Masztalski
scenografia i kostiumy: Ewa Beata Wodecka, Dąbrówka Huk
muzyka: Rafał Karasiewicz
obsada: Anna Ilczuk, Agata Kucińska, Dorota Łukasiewicz, Ewelina Paszke, Agata Skowrońska, Marcin Chabowski, Michał Chorosiński, Wiesław Cichy, Bartłomiej Firlet, Krzysztof Kuliński, Paweł Kutny, Rafał Kwietniewski, Michał Opaliński, Michał Wielewicki, Gabriel Masztalski, Paweł Muszyński

premiera: 11 maja 2007

Sceniczna rekonstrukcja czterech najważniejszych egzekucji i zamachów przełomu XIX i XX wieku, które na zawsze odmieniły bieg historii i doprowadziły do upadku oraz zmiany porządku światowego. Zabójstw dokonanych w tajemnicy i w opozycji do obowiązującego prawa. Próba zobrazowania mechanizmów historii oraz czysto ludzkich pobudek zamachowców i ich zleceniodawców. Chęć spojrzenia na ofiary w kategorii czysto ludzkiej.

Podczas powstawania spektaklu zostały wykorzystane wszystkie dostępne opracowania naukowe, raporty policyjne i medyczne z licznych autopsji, badania DNA, archiwalne materiały wywiadowcze z całej Europy. Jedynym elementem twórczym jest powiązanie carskiej rodziny Romanowów ze wszystkimi zamachami i przedstawienie jej losów w oparciu o ich przebieg.

 

Kulisy zbrodni w domu Ipatiewa

„Spectatorsi przyzwyczaili swoich widzów do przedsięwzięć pełnych fajerwerków. Tak jest i tym razem. „Mord w domu Ipatiewa” zaczyna się od przejazdu bryczki z carem Aleksandrem II i wybuchu bomby, a potem napięcie narasta. W kolejnych scenach odsłaniane są kulisy wielkich politycznych zbrodni z przełomu wieków. Poznajmy lęki i ambicje ludzi znanych dotąd tylko z podręczników. Serbscy zamachowcy przypominają w swej determinacji współczesnych terrorystów. Nie sposób uwolnić się od strachu w oczach rosyjskich księżniczek, prowadzonych na egzekucję. Historia w wydaniu Masztalskiego nabiera ludzkiego wymiaru.

Spektakl jest popisem aktorstwa Wiesława Cichego, który wystąpił w kilku rolach. Jest cynicznym śledczym badającym młodocianego Gawriło Principa po zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Ze swadą wygrywa trójstronny pojedynek między Stalinem, agentem carskiej ochrany i Zimmermanem, przedstawicielem niemieckiego rządu. Cichego oglądamy także jako cara Mikołaja II. Kiedy Rasputin (znakomita rola Krzysztofa Kulińskiego) przepowiada zmierzch carskiej Rosji, widzimy, jak car traci pewność siebie. Na koniec, tuż przed egzekucją rodziny carskiej, widzimy już jedynie przerażonego męża i ojca, który nie jest w stanie obronić swojej rodziny. Świetnie wypadła Ewelina Paszke w roli dumnej carycy, której nie złamało upokorzenie zgotowane przez rewolucjonistów.

Nie zawiedli młodzi aktorzy. Z dobrej strony pokazał się w kilku rolach Michał Chorosiński, doskonały był Michał Opaliński, młodych serbskich nacjonalistów przekonująco zagrali Paweł Kutny, Marcin Chabowski i Mirosław Haniszewski.

Maciej Masztalski dojrzewa jako autor i realizator scenicznych wydarzeń. „Mord w domu Ipatiewa” jest spektaklem starannie przemyślanym, przygotowanym wręcz drobiazgowo. Otwiera kolejny etap w historii Grupy Ad Spectatores. Scena, która wyrosła z młodzieńczego zachwytu sztuką, przeobraża się w prawdziwy teatr. A Masztalski, który przez ostatnich kilka lat tworzył spektakle rozrywkowe, często jednowymiarowe, udowadnia, że w teatrze chodzi mu o coś więcej. Nie tylko bawi, ale i prowokuje.

Tomasz Wysocki, Gazeta wyborcza nr 113, 16.05.2007


18 sierpnia, godz. 19.00
- Scena na strychu (ul. Fabryczna)

„WIECZOREK ANARCHISTYCZNY”
TEATR STAJNIA PEGAZA W SOPOCIE

wg powieści Hermanna Hessego „Wilk stepowy”
scenariusz i reżyseria: Ewa Ignaczak

obsada: Grzegorz Sierzputowski, Grzegorz Szlanga

Miłość i anarchia

Miłość pozwala człowiekowi wyrwać się z ustalonych życiowych kolein i ram. Wymaga jednak odwagi, na którą nie każdego stać.

„Wieczorek anarchistyczny” na podstawie legendarnej książki Hermanna Hessego przedstawił w Żaku teatr Stajnia Pegaza. Dwóch młodych aktorów, Krystian Godlewski i Grzegorz Sierzputowski, opowiedziało historię Harrego Hallera, nieprzystosowanego do życia i świata człowieka, dla którego jedynym sensownym wyjściem jest samobójstwo. Jednak to nie on wybiera śmierć – Harry zabija Herminę, kobietę, która nauczyła go radości. W symbolicznym sensie zabija własną duszę. Powieść Hessego jest jedną z tych książek, w których każde pokolenie znajduje własny skarb. Odkryta przez bitników, jedna z biblii kontrkultury, skupia się na ważnej dla każdego kwestii: na ile można pozostać wolnym w świecie, gdzie reguły gry są od dawna ustalone. I jaka jest cena za wewnętrzną wolność.

Stajnia Pegaza egzystencjalny dramat Harrego pokazała prostymi, czytelnymi środkami. W anarchistyczno-czarnej przestrzeni szczególnie przejmująco wypadła scena śmierci Herminy. Razem z nią zgasło słońce” – mówi na koniec Harry.

Aleksandra Kozłowska, Gazeta Wyborcza


25 sierpnia, godz. 19.00
- Scena w magazynie (Lubuski Teatr)

L.U.C. lider zespołu Kanał Audytywny Spektaklokoncerton "Haelucenogenoklektyzm"

Solowy debiut lidera Kanału Audytywnego wydany w 2006r. przez Kayax, wyprodukowany został z myślą o specyficznym sposobie wystawiania go na żywo. Oprócz spektaklu przygotowany został także pseudoperformance będący podkręconą energetycznie, koncertową adaptacją parafabularnej płyty – Haelucenogenoklektyzm. Jest to dość nietypowa i niespotykana w naszym kraju forma sceniczna. Liryczna rymowana przypowieść o zagubieniu i zatraceniu tożsamości snuje się na syntetycznych przestrzeniach, basach i bitach, przeplatanych z żywą harmonią trio smyczkowego i trąbki. Muzycznie jak cała twórczość L.U.C gdzieś „pomiędzy wszystkim” - niedefiniowalnie.(d.n.b, hiptrip-hop) Bardzo istotnym jednak elementem są przygotowane teledyski i wizualizacje, dzięki którym główny bohater przemierza najróżniejsze przestrzenie pojawiając się to na ekranie to na scenie. Czasem to wręcz muzyka i liryka pod obraz i światło. Na koncercie wykorzystane są także kamery dla przeplatania rzeczywistości scenicznej i multimedialnej oraz bańki mydlane, stroje i niektóre rekwizyty a także parateatralne etiudy, pozostające w estetyce chemiczno – panokleksowej.

 

Ostatnia aktualizacja 18.12.2007r. g.21:02
Wersja do druku e-mail wstecz wstecz do góry do góry
18.10.2017 r.
Najbliższe przedstawienie:


Newsletter
Jeżeli chcesz otrzymywać informacje oraz repertuar LT, wpisz swój adres e-mail:

dodaj usuń
OK
 
Kontakt

Jeśli masz jakieś pytania lub wątpliwości, możesz je zadać naszym pracownikom:
Impresariat LT


Łączy Nas ZielMAN

Zielonogórski Ośrodek Kultury
Zielonogórski
Ośrodek Kultury


Pajacyk

Serwis internetowy Lubuskiego Teatru dostępny jest za pośrednictwem ZMSK ZielMAN - www.zielman.pl